Zaczęło się głupio. Naprawdę głupio. Wpłaciłem sto złotych, bo tyle akurat zostało mi na koncie do wypłaty. Myślałem, że stracę to w pięć minut i przynajmniej będę miał o czym myśleć. A stało się inaczej. Pierwszy spin — nic. Drugi — nic. Trzeci — jakaś mała wygrana, może dwadzieścia złotych. I wtedy coś we mnie drgnęło. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że po raz pierwszy od bardzo dawna na coś czekałem. Serce biło szybciej. Ekran świecił w ciemnym pokoju jak małe okno na inny świat. Zapomniałem o rachunkach, o pustce, o tym, że jutro znowu nikt nie zadzwoni. Liczyło się tylko to, co będzie za sekundę.
Kolejne dni były dziwne. Wpłacałem coraz więcej. Nie dlatego, że chciałem być bogaty — chciałem uciec. Kiedy wpisywałem w przeglądarkę vavada jak wplacic pieniadze, czułem się jak ktoś, kto pakuje walizkę przed podróżą. Tylko że ta podróż nigdzie nie prowadziła. Grałem wieczorami, czasem do trzeciej w nocy, a potem zasypiałem z telefonem na piersi, jakby to była jedyna rzecz, która mnie trzymała przy życiu. Były momenty, że przegrywałem wszystko. Pamiętam noc, kiedy zostało mi zero. Siedziałem na podłodze w kuchni i śmiałem się sam do siebie, bo to było takie absurdalne. Dorosły facet, czterdzieści lat, a płacze nad wirtualnym saldem. Ale nie płakałem z powodu pieniędzy. Płakałem, bo znowu byłem sam.

